Tak powstają samoloty… Lotnictwo pomysłowego Krzysztofa z Bliznego

Niedzielne przedpołudnie. Podkarpackie, okolice Brzozowa, droga wojewódzka nr 886. Głos GPS-a każe skręcić w lewo. Jadę najpierw drogą asfaltową, która nieco dalej urywa się. „Cel osiągnięty” – słyszę. Czyli znowu nie tędy droga ? – pomyślałam z poirytowaniem. Szukałam lotniska w bieszczadzkiej Starej Wisi i człowieka, który odważył się budować samoloty.

 

– Przepraszam bardzo jak dotrzeć na lądowisko pana Cwynara ? – pytam przechodnia. – Dobrze pani jedzie. To trzeba do góry jakieś 300 metrów i zobaczy pani budynek z żółtym dachem. Nie sposób przeoczyć – odpowiada. Trafiłam. Widok z góry robi wrażenie. Na górze jest hangar i pas trawiasty. Na dole m.in. Kolegium Ojców Jezuitów. Gdyby nie oni lądowisko w bieszczadzkiej Starej Wsi w ogóle by nie powstało. Na powitanie wychodzi Krzysztof Cwynar.

 

Fot. arch. lotniczepodkarpackie.pl

 

Jak pomysłowy Dobromir

 

W latach 70-tych telewizja polska emitowała kreskówkę pt. „Pomysłowy Dobromir”. Jeden z odcinków pokazywał chłopca, który podczas sianokosów pozazdrościł ptakom skrzydeł. Umiejętność latania tkwiła mu w głowie długi czas aż w końcu podjął próbę złożenia samolotu z papieru… Jednego, drugiego i kolejnego. Potem zbudował model. Po kolejnej próbie lotu okazało się, że drewniany samolot wymagał dopracowania. Założył mu śmigło. Udało się! Samolocik poleciał, a młody konstruktor zamarzył, aby zostać pilotem. Czyżby Krzysztof również oglądał wówczas tę kreskówkę? …Nad lądowisko w Starej Wsi nadciąga burza, a on zaczyna opowiadać historie swojego lotnictwa…

– Pamiętam takie chwile z dzieciństwa, gdy przelatujące samoloty zmuszały mnie aby wybiec z domu na górkę i popatrzeć na przelatujące nad głową samoloty. Początkiem lat 70-tych ubiegłego wieku to prawdziwe lotnictwo nie było dla mnie osiągalne.

(Krzysztof Cwynar)

Krzysztof Cwynar z Bliznego był wówczas zapewne jednym z wielu okolicznych chłopców z pasją patrzących w niebo, na które z pobliskiego Krosna wzbijały latające maszyny. Jednak ani czasy ani miejsce nie sprzyjały zbytnio realizacji niedochodowych marzeń. Chłopak jednak był uparty. Zaczął kleić modele, aż w końcu postanowił rozwijać te zainteresowania w technikum mechanicznym w Mielcu. Najpierw chciał kształcić się w Rzeszowie, ale w mieleckiej szkole była specjalność ‘budowa płatowców’.

– W Rzeszowie ‘silniki mechaniczne’ były bliżej, jednak uznałem, że lepiej nauczyć się „ogarniać” cały samolot. Wtedy w Mielcu coraz częściej marzyłem aby zostać pilotem. Po lekcjach biegaliśmy z kolegami do pobliskiego aeroklubu, gdzie pomagaliśmy m.in. w hangarowaniu szybowców, a nagrodą  był lot Wilgą. Nie sposób było nie połknąć lotniczego bakcyla.

(Krzysztof Cwynar)

 

                                                                                  źródło: arch. pryw. Krzysztofa Cwynara

Krzysztof dużo czytał. Pochłaniał nie tylko literaturę lotniczą, ale przede wszystkim branżowe czasopisma dostarczane przez mamę pracująca w kiosku. Jeszcze długo nie wiedział, że wśród jego krewnych, w pobliskiej Orzechówce zamieszkiwali lotnicy: Stanisław i Michał – ten był pilotem Dywizjonu 315. Jednak gdy w 1979 roku skończył mieleckie technikum jego drogi z lotnictwem rozeszły się. Wstąpił do wojska, a w Polsce wkrótce ogłoszono stan wojenny.

– To były dziwne czasy. Każdy musiał chodzić wytyczonymi ścieżkami, a ja ogromnie ceniłem sobie niezależność. Po skończeniu tamtejszego technikum oczywiście próbowałem swoich sił w Dęblinie. Niestety bezskutecznie. Potem przyszedł taki czas, że aby zawodowo w tym lotnictwie zaistnieć trzeba było związać się z jakąś fabryką, przedsiębiorstwem. Pech chciał, że gdy akurat skończyłem szkołę w tej dziedzinie zaczęło być krucho. Okoliczności zmusiły mnie, aby pójść inną drogą.

(Krzysztof Cwynar)

Przez chwilę pracował w elektrowni, a później w rzeszowskim WSK w serwisie maszyn sterowanych numerycznie. Niebawem wrócił do rodzinnego Bliznego i w 1989 roku otworzył warsztat i sklep z częściami samochodowymi, który prowadził ponad 20 lat.

Ale mnie mocno to lotnictwo zapisało się w głowie i zapragnąłem przestawić zwrotnicę, żeby mój pociąg jechał jednak lotniczymi torami. Przestałem naprawiać samochody i postanowiłem, że spróbuje zaistnieć w lotnictwie bo przyszedł na to czas, mój czas.

(Krzysztof Cwynar) 

 

Bo przyszedł na to czas

 

W 2001 roku razem z kolegami, pod kierunkiem konstruktora Grzegorza Peszke postanowili zbudować własny, ultralekki samolot. W cztery lata powstał szybki, zgrabny samolot laminatowy o nazwie GP-5.

– Budowa była ogromną przyjemnością, ale możliwość wzbicia się nim w powietrze to doświadczenie bezcenne i nieopisane. Pod okiem Grześka zbudowaliśmy model. Poszły kilogramy żywicy, styropianu i szpachli. Z tego powstały formy i dopiero z nich budowaliśmy nasze samoloty. Owszem, takie zestawy można było zakupić w USA, ale my przecież nie mieliśmy 50 tys. zł. Przez cztery lata nie było wyjazdów na wczasy, urlopów, żadnych zbędnych wydatków. Niektórzy mówili, że pozabijamy się tymi samolotami, ale byli też tacy, którzy pomagali przy szpachlowaniu.

(Krzysztof Cwynar)

Nie dziwi więc, że Krzysztofowi chciał latać swoim ultralightem użytkowo. Lecz wtedy w Polsce nie było ani ośrodków ani procedur szkolenia pilotów samolotów ultralekkich. Dopiero w Czechach znalazł szkołę, gdzie w ciągu kilku miesięcy uzyskał licencję do pilotowania tego typu statków powietrznych.

– Do dziś pamiętam jak kiedyś przyszedł do nas pan z aeroklubu i retorycznie zapytał: „Po co wam to ? Będziecie mieć przez niego same kłopoty.” Chodziło o polskie przepisy dotyczące poruszania się ultralekkich samolotów po krajowym niebie. Niejeden polski pionier wdrożenia tego typu konstrukcji, pomimo uporu i pasji, został „zamęczony” tymi procedurami lotniczymi. My nasz samolot postanowiliśmy zarejestrować w Czechach. Paradoksalnie, lotniczo jesteśmy banitami – nie możemy zarejestrować naszych samolotów (do 600 kg) w Polsce. Jest ustawa, ale martwa. Dla nas uruchomienie produkcji takiego samolotu tutaj wiązało się z dużymi kosztami, których jakoś nikt nie chciał wyłożyć.

(Krzysztof Cwynar)

Dziś „podkarpacki” GP-5 jest produkowany w czeskiej Ichilavie jako GP One, a Krzysztof Cwynar zajmuje się produkcją przyrządów dla małego lotnictwa i … ma swoje lotnisko. Niewykluczone, że gdyby nie pomysł stworzenia GP-5 wcale nie doszłoby do tego. Długo szukał odpowiedniego miejsca. W Bliznem działki były małe i w większości prywatne. Jedynie w pobliskiej w Starej Wsi była czterohektarowa z widokiem na bazylikę Wniebowzięcia NMP.

– Był to teren należący do jezuitów starowiejskich. Nie wierzyłem w powodzenie tej transakcji, ale postanowiłem przedstawić im sprawę. Po kilku miesiącach tamtejszy ksiądz oznajmił, że w Starej Wsi będzie lotnisko. To było niesamowite: miałem teren na lądowisko w postaci jednej działki od jednego właściciela. Adaptowanie trwało prawie dwa lata. Potem zbudowałem hangar, w którym dziś stoi GP-5 i replika Nieuporta 11.

(Krzysztof Cwynar)

                                                                           źródło: arch. pryw. Krzysztofa Cwynara

 

Spełnienie marzeń

 

Nieuport 11 to replika francuskiego myśliwca z czasów I wojny światowej, owoc lotniczych marzeń Krzysztofa o polataniu czymś nietuzinkowym. Inspiracją do budowy własnej repliki był film wojennym pt. „Asy przestworzy”. To tam zobaczył repliki tego samolotu. Potem od pewnego Kanadyjczyka zakupił za 130 $ plan budowy modelu.

– To takie moje ukochane dziecko. Proszę wyobrazić sobie jak to jest, w dzisiejszych czasach latać stuletnim samolotem, w pilotce na głowie, w okularach przeciw owadom. To dopiero jest pionierskie latanie! Moja replika jest zbudowana z aluminium. Jest lżejszy i trwalszy od drewnianego oryginału i pomniejszony o 1/8. Ten samolot to 4 lata mojej pracy.

(Krzysztof Cwynar)

Podkarpacki Nieuport 11 pierwszy raz wzbił się w niebo w maju 2015 roku, ale w trakcie oblotów nie obyło się bez przygód.

– Podczas jednego z oblotów straciłem napęd i musiałem lądować w trudnym terenie. Pierwszy silnik zawiódł. To była konwersja silnika motocyklowego. Zdemolowałem samolot, ale mi nic się nie stało. W lotnictwie jest takie powiedzenie, że jak pilot przeżyje to samolot odbuduje i tak też się stało. Dokonałem tego w sześć tygodni, których dziś nie pamiętam. Pracowałem dzień i noc, od rana do wieczora. „Dziewiczy” lot Nieuportem był spełnieniem marzeń.

(Krzysztof Cwynar)

Potem pilot chciał zaprezentować to „ukochane dziecko” na obchodach stulecia bitwy pod Verdun. Nawiązał nawet kontakt z organizatorami przedsięwzięcia, jednak nie wydano mu na to zgody.

– Ale uczestniczyłem m.in. w rekonstrukcji bitwy nad Wkrą, gdzie Nieuport latał w polskich barwach. Wtedy ścigałem „bolszewika”.

(Krzysztof Cwynar)

 

 

Ciężkie chmury nadciągające nad podkarpacką, bardzo lotniczą Starą Wieś nieuchronnie potwierdzały, że to bardzo upalne, letnie, niedzielne popołudnie musiało zakończyć się burzą.

– Karolina, musimy schować samoloty. Zaraz będzie mocno padało.

(Krzysztof Cwynar)

– Poczekaj, chyba jakiś szybowiec chce się u nas zameldować …

(Karolina Cwynar)

– O! Tego jeszcze nie było…  Ale przecież jesteśmy otwarci na różnych gości. Widzi pani, ta moja pasja lotnicza to całe moje życie.

(Krzysztof Cwynar)

 

One Response to “ Tak powstają samoloty… Lotnictwo pomysłowego Krzysztofa z Bliznego ”

  1. bardzo budujaca historia 🙂 ale w tamtych terenach chyba jeszcze ktoś cos podobnego zlozył…

Dodaj komentarz