Jasionka w czasach Ośrodka Szkolenia Personelu Lotniczego

ludzie oglądają samolot

Fot. arch. Lotnicze podkarpackie

To była zapewne jedna z wielu okazji dla mieszkańców Jasionki i okolic aby “dotknąć lotnictwa”. W latach 70.-80. na rzeszowskim lotnisku było sporo okazji aby z bliska podziwiać samoloty. Obok siebie współistniały różne instytucje, jednostki, które korzystały z terenu lotniska. Jedną z nich był Ośrodek Szkolenia Personelu Lotniczego – unikatowa w skali kraju jednostka powołana przez władze PRL powstała w 1977 roku i szkoliła pilotów do zawodowej pracy w lotnictwie cywilnym. W pierwszych latach istnienia adeptów szkolono na An-2 co było sporym novum. Co więcej – gdy OSPL wprowadzało do szkolenia mieleckie „Antki” wielu sceptyków grzmiało, że to nieuzasadniony nonsens. Tymczasem na tych samolotach – jak twierdzi kpt. pil. Sławomir Majcher, absolwent OSPL – szkoliły się co najmniej cztery roczniki tej szkoły. Zanim utworzono ten ośrodek proces szkolenia lotniczego nierzadko odbywał się w bliżej nieokreślonych warunkach. Nie było profesjonalnych, sformalizowanych programów szkoleniowych. Często tworzyli je członkowie aeroklubów na podstawie własnych subiektywnych odczuć, a status pilota zawodowego, instruktora był uzależniony głównie od liczby godzin wylatanych w aeroklubach. Jednocześnie obserwowano dynamiczny rozwój komunikacji lotniczej. OSPL opracowało i uruchomiło państwowy program szkolenia, które przygotowywało do pracy w lotnictwie pasażerskim, do pracy w liniach lotniczych, na dużym sprzęcie. Dlatego musiało ono być odmienne od latania aeroklubowego, nastawione na loty według przyrządów na co pozwalało latanie produkowanymi w mieleckiej wytwórni An-2. Kpt. Majcher – jeden z pierwszych adeptów tej OSPL-owej sztuki wspomina tzw. loty w szykach wykonywane według programu aeroklubowego, które realizowano po to żeby potem móc zwiększać liczbę godzin nalotu już w aeroklubie. W 1978 roku ośrodek dysponował 7 sztukami tych samolotów, a Roman Przepióra – instr pil. i szef wyszkolenia w OSPL był jednym ze zwolenników szkolenia na tych maszynach i tak wspominał (W: „Latajcie Kochani długo i szczęśliwie” R. Przepióra, cz. III) te pionierskie, szkoleniowe loty:

Każdego ranka toczą się majestatycznie nasze pękate „Antki” na lotnisko i z potężnym rykiem 1000-konnych silników wzbijają się w powietrze. W kabinach nie tylko uczeń i instruktor, ale również instruktor jest drugim pilotem. Załogi są z konieczności wieloosobowe. Czasami, do zadań nieco bardziej złożonych i trudnych, kompletujemy nawet zespoły trzyosobowe z mechanikiem pokałdowym w środku. Stosujemy ten wymóg szczególnie w lotach chmurowych, nocnych, przy przelotach na obce lotnisko, gdzie trudno liczyć na pomoc techniczną (…) szkoleni (…) świetnie sobie radzą z tak dużym i ciężkim samolotem. Latając w załogach wyrabiają sobie nawyk bycia dowódcą, samolot nadto nie nadaje się do latania „kawalerskiego” do czego czasem skłonni są młodzi lotnicy. Zaczynają nadto wdrażać się do właściwiej takiej maszynie podejść do lądowania.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *