Kobieta, siła i samoloty. Przygoda z lotnictwem Agnieszki Czachor

przez | Listopad 15, 2019

Nieco ponad rok temu porwał mnie temat kobiet w lotnictwie. One, z uwagi na płeć, a więc stereotypy są mniejszością w zmaskulizowanej dziedzinie jaką jest lotnictwo. To sprawia, że obecność płci pięknej interesuje na różne sposoby. Ponieważ tworzę bloga o podkarpackim lotnictwie zaczęłam szukać jakiejś tutejszej kobiety lotnictwa, która byłaby wizytówką tego tematu w regionie. Jeden z mieleckich pilotów podrzucił mi nazwisko – Agnieszka Czachor.  Pierwsza pilotka w Mielcu – powiedział. I tyle.      

Fot. Marcin Wąsik / z arch. Anny Bratek

Najpierw w wyszukiwarkę internetową wpisałam imię i nazwisko. Po dłuższym scrollowaniu stron natrafiam jedynie na krótką, encyklopedyczną wzmiankę o Agnieszce Nasternak (po mężu – Czachor). Kilka dat, parę suchych faktów. Napisano, że pochodzi z województwa świętokrzyskiego, ale tuż po studiach na Politechnice Warszawskiej (1968 – 1974) podjęła pracę w WSK PZL Mielec m.in. jako pilot.

 

LUDZI CIEKAWI TO CO PIERWSZE I NIESTEREOTYPOWE

O kobietach pracujących w męskich profesjach robi się głośno najczęściej z powodu okazji typu Dzień Kobiet. Jednak mając na uwadze moje poszukiwania informacji o tej pilotce miałam wrażenie jakby o niej nie pamiętano. Tymczasem Agnieszka Czachor była pierwszą zawodową pilotką w mieleckich zakładach lotniczych. Jej przygoda z lotnictwem to także historia o kobiecej sile. Czas najwyższy opowiedzieć o tym kompleksowo. 

   „Zawsze leciałam w stronę nieba.” *

Tak zaczyna się rozmowa Anny Bratek – autorki książki pt. „Siła to ONA” z Agnieszką Czachor. Kobieta opowiadała w niej m.in. o tym jak zaczęła się jej przygoda z lotnictwem i to właśnie dzięki tej publikacji dotarłam do Pani Agnieszki. Skontaktowałam się z nią w listopadzie tego roku z prośbą o rozmowę. Była zaskoczona, że ktoś chce o tamtym lotnictwie słuchać, że traktuje to jako coś ciekawego. Nie dowierzała, że taka historia może dziś kogoś zainteresować.  

 

LOTNICTWO Z KSIĄŻEK I Z MARZEŃ

Jako dziecko Agnieszka dużo czytała – w tym książek o lotnictwie. Ta dziedzina zafascynowała ją na tyle, że pojawiły się marzenia o lataniu.

– To lotnictwo wzięło mi się z książek i marzeń, które tworzyły się pod wpływem tych lektur. Jako uczennica z pasją czytałam m.in. „Górę Czterech Wiatrów” – Kownackiej. Potem zaczytywałam się książkami Janusza Maissnera –  przedwojennego pilota, poczytnego prozaika znanego jako „Porucznik Herbert”.

(Agnieszka Czachor)

Dziewczyna była zdolna, i to bardzo. Wcześniej niż jej rówieśnicy zaczęła edukację szkolną. W drodze do lotnictwa stało się to jej „kulą u nogi”. Do szkoły średniej poszła w wieku 12 lat. Pewnego dnia do sandomierskiego liceum zawitali przedstawiciele stalowowolskiego aeroklubu. Ich zadaniem było promować lotnictwo i zachęcać młodych ludzi do szkolenia, a co za tym idzie zapisywania do tej lotniczej struktury. Tamtejsza młodzież ochoczo podjęła temat. Swą gotowość wyrazili wszyscy uczniowie – z wyjątkiem Agnieszki. Dziewczyna nie miała ukończonych 16 lat, czego wymagano, aby móc się szkolić. Warunkowo można było dostać się tam za zgodą obydwojga rodziców. Lecz rodzice dziewczyny stanowczo zaprotestowali. Na ładnych parę lat Agnieszka odpuściła realizację marzeń. Znalazła środek zastępczy. Sport na jakiś czas pozwolił jej skutecznie zapomnieć o lotnictwie.

Potem przyszedł czas na studia. Nastolatka szukała czegoś, co legalnie pozwoliłoby jej na kontakt z lotnictwem. Rodzice nadal oponowali. Trochę za sprawą kolegi wybrała Politechnikę Warszawską. Kształciła się na kierunku ‚mechanika precyzyjna’. Powiedziano jej, że tam są opracowywane przyrządy nawigacyjne dla lotnictwa. Studiując kontynuowała swoją karierę sportową. Specjalizowała się m.in w rzucie oszczepem. Była nawet w Kadrze Narodowej. Z czasem coraz trudniej było jej łączyć to z uczelnią.

„Czasami powracały do mnie myśli o lataniu, ale Warszawa to duże miasto i takich zapaleńców jak ja nie brakowało, więc była selekcja (…) po zdobyciu dyplomu mogłam wybierać miasto, w którym chciałabym pracować. Wtedy wróciła do mnie myśl o lataniu i mając to na uwadze wybierałam między Bielsko-Białą, Stalową Wolą, a Mielcem, gdzie są aerokluby. Zdecydowałam się na to miasto.” *

(Agnieszka Czachor)

 

DZIWNE CZASY

Dostała się do pracy w tamtejszej WSK PZL Mielec. Z racji swojego wykształcenia najpierw pracowała w biurze konstrukcyjnym pomp wtryskowych. W mieście działał jeden z dwóch w kraju aeroklubów fabrycznych. Lotnisko miała tuż za oknem. Chodziła tam po pracy i w weekendy. Szkoliła się: najpierw, aby uzyskać licencję pilota szybowcowego, potem samolotowego – turystycznego.

 – W tym mieście dla chętnych do lotnictwa była bardzo sprzyjająca atmosfera. Latać uczono także takich jak ja, inżynierów. Nie byłam pierwsza jako osoba szkolona w tym wieku, w tym aeroklubie, ale byłam pierwszą kobietą – zawodową pilotką samolotową w Mielcu. We wszystkich ośrodkach lotniczych i aeroklubach w kraju uczono latać na szybowcach już szesnastolatków. Finansowało to wtedy chyba państwo. Chodziło o to, aby pozyskać młodych ludzi do lotnictwa wojskowego, aby szli bodajże do oficerskiej „Szkoły Orląt” w Dęblinie. Ja, po studiach zostałam wyszkolona tylko dzięki przychylności zakładu pracy. Trafiłam w dobry czas i miejsce. Od razu szkolono mnie na An-2.

(Agnieszka Czachor)
kobieta w kabinie samolotu siedzi

Fot. arch. bloga

To były dziwne, zawiłe czasy – trudne, w których jednocześnie wszystko było możliwe. Druga połowa lat 70. była dla Mielca czasem postępu technicznego i organizacyjnego. W przeciwieństwie do sytuacji w kraju miasto rozwijało się, a w fabryce kwitła produkcja: wzrósł eksport – zakłady zawarły wówczas m.in. kontrakt z ZSRR na dostawy elementów konstrukcyjnych do samolotów Ił-86 i Ił-96 co było motywacją do udoskonalenia m.in. technologii obróbczych i montażowych w fabryce. Produkowano samoloty: M-15, M-18, An-2 i TS-11 Iskra. W ’78 roku podpisano porozumienie ze Związkiem Radzieckim na produkcję pasażersko-transportowego An-28. Na początek do krajów radzieckich miało trafić aż 1000 tych maszyn (ostatecznie powstało 200, a pierwszego An-28 oblatano dopiero w ’84 roku). Prognozowano stabilny rynek pracy, zbytu i produkcję na kilkanaście lat.*** 

hala lotnicza z samolotami w rzędzie

Fot. arch. bloga / WSK „PZL-Mielec” 1938-1988, Andrzej Stec, Mielec 1988

W Polsce produkowano samoloty, przemysł lotniczy rozwijał się, a więc potrzebowano pilotów – zawodowych, cywilnych. Lecz socjalistyczna polityka państwa blokowała realizację tych potrzeb. Potencjalne kadry lokowano w lotnictwie wojskowym.

W Zarządzie aeroklubu mieleckiej fabryki znajdowali się ludzie, którzy jednocześnie pracowali w WSK PZL Mielec na różnych stanowiskach – m.in. kierowniczych i to tam prawdopodobnie zapadła decyzja o objęciu szkoleniem podstawowym do licencji turystycznej m.in. Agnieszki Czachor. Normalnie w ramach tego szkolenia adeptów uczono latać na małych samolotach, ale tym razem…  

 – Szkolenie na An-2 w Mielcu na tym etapie było wtedy chyba pierwszym takim w Polsce. Zaczynaliśmy od dużego samolotu, a potem trenowaliśmy na małym po to, żeby móc wykonywać jakieś akrobacje. Nie wiem dlaczego tak się stało. Może to był jakiś eksperyment

(Agnieszka Czachor)

Eksperyment? Gdy Agnieszka szkoliła się podstawowo na An-2, pod koniec 1976 roku Ministerstwo Komunikacji podjęło decyzję o utworzeniu w Jasionce Ośrodka Szkolenia Personelu Lotniczego, który miał kształcić pilotów cywilnych. Deficyt fachowych kadr był tak duży, że mówiono nawet o niedowładzie w systemie kształcenia lotniczego.** OSPL miał służyć zdobywaniu kwalifikacji pilota samolotowego zawodowego II klasy. Praktyczną działalność jednostka rozpoczęła latem 1977 roku, a pierwszych adeptów szkolono na zakupionych w Mielcu An-2. Dziś nie jest to już tajemnicą, że zanim utworzono ten ośrodek proces szkolenia lotniczego często odbywał się w bliżej nieokreślonych warunkach – na przykład w ramach treningów prowadzonych przez aerokluby, a zawodowym pilotem można było zostać holując szybowce czy wyrzucając spadochroniarzy. Nie było profesjonalnych, sformalizowanych programów szkoleniowych – często tworzyli je członkowie aeroklubów na podstawie własnych subiektywnych odczuć. O tym jak to wtedy naprawdę funkcjonowało niewiele wiedzą nawet ci, którzy wówczas podejmowali się zawodowego latania.** Agnieszkę oraz późniejszego pilota doświadczalnego Tadeusza Franaszczuka szkolono w Aeroklubie Mieleckim do licencji turystycznej właśnie na An-2. To uprawnienie uzyskali jesienią 1977 roku. Potem nadal szkolili się m.in latając „Antkiem” i budowali swój nalot przebazowując samoloty dla klientów mieleckiej WSK PZL w kraju i zagranicą. 

 

SAMOLOTY – PRZEPUSTKĄ DO ZAWODU

W czasach PRL-u obecność kobiet w lotnictwie ograniczała się głównie do aeroklubów. Były głównie szybowniczkami, instruktorkami szybowcowymi. Agnieszka początkowo również chciała latać tylko na szybowcach jednak koledzy mówili jej, że samoloty to przepustka do zawodu. Końcem października 1978 roku otrzymała licencję pilota samolotowego zawodowego. 

– Tak oto z hobby jakim było dla mnie latanie trafiłam do zawodu.

(Agnieszka Czachor)

Gdy zwolniło się miejsce na etat pilota WSK PZL Mielec została przyjęta do Działu prób w locie jako pilot transportowy. Od 1979 roku pracowała już w wytwórni jako pilot i pilot nawigator. Dziesięć lat później została pilotem liniowym. Z tytułu tej pracy przebazowywała mieleckie samoloty do klientów krajowych i zagranicznych. Latała m.in. do ZSRR, Hiszpanii, Portugalii, Rumunii i na Węgry. Pilotowała m.in. An-2, An-28, „Dromadera”, Pipera Senecę i „Gawrona”.

Fot. arch. bloga

Pracowała z pilotami doświadczalnymi, którzy oblatywali mieleckie prototypy i serie samolotów. Wiele się od nich nauczyła, ale jednocześnie – jak twierdzi – musiała podwójnie kontrolować się, żeby nie popełnić jakiegoś błędu. Już wtedy doskonale zdawała sobie sprawę, że lotnictwo nie wybacza potknięć. Co więcej, obawiała się żeby nie zarzucono jej braku kwalifikacji czy umiejętności tylko dlatego, że jest kobietą.

– Za szkolenie lotnicze nie płaciłam, a w moim przypadku to była dobra wola zakładu, że akurat mnie wytypowano, że chciano zainwestować w kobietę. Sądzę, że miałam dużo szczęścia i uporu w dążeniu do tego lotnictwa. Na pewno trafiłam też na dobry czas w prosperowaniu lotniczej fabryki. Wtedy było naprawdę dużo latania. Zakład wszedł w próby z samolotem M-15 Belfegor, potem z „Dromaderem”. Latało się na różne lądowiska z częściami, na targi. Dobre były też kontrakty na dostawy An-2 dla ZSRR.  

(Agnieszka Czachor)

 

LOT DO JOHANNESBURGA

Dostawy An-2 do republik socjalistycznych czy „Dromaderów” do gaszenia pożarów w krajach Europy Zachodniej były powszechne. Ale pilotka do dziś pamięta też niby niepozorną podróż An-28 na targi do Johannesburga w RPA.

 – Lecieliśmy tam An-28, przez Algierię, Niger, gdzie mieliśmy zatankować paliwo.Pamiętam jak w Nigrze przyszła do nas jakaś bojowo nastawiona, uzbrojona ekipa. Zażądali abyśmy rozładowali samolot. Chcieli nas zrewidować. Tłumaczem był biały człowiek, który wyjaśniła nam, że to nic groźnego i poddali temu co oni chcą. Przystaliśmy na to. Wyciągnęliśmy nasze bagaże. Nigerczycy upatrzyli sobie moją walizkę – może dlatego, że byłam kobietą i… Zainteresowali się podpaskami. Chcieli, żeby im wyjaśnić co to jest. Mnie wówczas do śmiechu nie było, ale dziś takie głupie rzeczy się pamięta. 

(Agnieszka Czachor)

 

WYCZERPUJĄCE DELEGACJE 

Przełom lat 80./90. XX wieku Agnieszka spędzała daleko od domu. Zakład pracy wysłał ją na 2 zagraniczne kontrakty, do krajów kulturowo, obyczajowo, gospodarczo i politycznie bardzo odmiennych od Polski. Od marca do września 1989 roku pilotka przebywała w azjatyckiej Turcji.

 – Co tydzień do Antalyi, gdzie stacjonowaliśmy, przylatywały roje turystów m.in. z Niemiec na wczasy. Na miejscu wykupywali takie krótkie wycieczki do Efezu czy Kapadocji. Nasza załoga zapewniała im transport lotniczy do tych miejsc. Przy okazji my też mieliśmy piękne wakacje i to wtedy, gdy w Polsce nie było ani zapałek ani musztardy.

(Agnieszka Czachor)

W maju ’89 roku odebrała uprawnienia pilota samolotowego, liniowego. 

Zmiany ustrojowe sprawiły, że monolit mieleckich zakładów zaczął pękać. Zerwane kontrakty z ZSRR i wiara w obietnice wsparcia m.in eksportowego krajów zachodnich (np. z USA) okazały się złudne. Na skutek zmian politycznych, a co za tym idzie gospodarczych przyjęto, że mielecka WSK jest samofinansującym się przedsiębiorstwem, której głównym celem jest zysk.*** W 1994 roku Agnieszkę wysłano do Gwinei Równikowej w centralnej Afryce. Stolica państwa – Malabo znajdowała się na wyspie. Normalnie kursował tam prom, który przewoził tych, którzy potrzebowali dostać się do tego miasta. W związku z awarią tej formy transportu zdecydowano się na transport lotniczy. Przez pół roku miała go zapewnić WSK PZL Mielec. W tym czasie w mieleckich zakładach latania było coraz mniej. Gdy fabryka wysyłała Agnieszkę na tę delegację nie mogła odmówić. Chodziło o lojalność w stosunku pracodawcy. Lecz to właśnie ten pobyt odebrał jej zamiłowanie do lotnictwa… Wymagał siły – fizycznej i psychicznej.

kobieta i dwaj mężczyźni stroją na tle samolotu

Fot. arch. bloga

KOBIETA, SIŁA I SAMOLOTY

Pilotka do dziś pamięta lot na wyspę w Zatoce Gwinejskiej: załoga z pasażerami – około 20 osób, w tym dzieci; ona – drugi pilot i szef – mężczyzna lecieli  podczas burzy, która niespodziewanie zamieniła się w nawałnicę.

„Lądując, przechodziliśmy przez wał burzowy i rzuciło nami jak piłką (..) zwiększyłam moc silnika i udało się ustabilizować lot. Kiedy tylko zatrzymaliśmy się, przyszła straszna nawałnica. Dobrze, że kapitanem był mężczyzna i utrzymał stery, bo ja chyba bym nie dała rady…”*
 

Sterowanie ówczesnymi samolotami podczas ekstremalnych warunków pogodowych nie było na miarę możliwości kobiet. Mówiła o nich „mięśniaki”. Z czasem uznała, że to nie jedyny powód wypalenia zawodowego kobiety w tamtym lotnictwie. Chodziło nie tylko o siłę fizyczną, ale i psychiczną.

 – Miałam przerost odpowiedzialności za innych. Szczególnie podczas tego pobytu w Afryce, gdzie lataliśmy w liniach trzy razy dziennie przewoziliśmy pasażerów m.in. z Gwinei do Kamerunu i do Gabonu. To były takie krótkie, półgodzinne rejsy.  Wypaliło mnie poczucie odpowiedzialności za ludzi

(Agnieszka Czachor)

Najpierw latała tam jako drugi pilot. Potem także jako kapitan. On odpowiadał za wszystko. Dla białego człowieka, lotnika ten kraj był skrajnie inny, nieprzewidywalny. Zdarzały się różne sytuacje. 

 – Woziliśmy m.in. ludzi: połamanych, w trumnach, chorych na tamtejsze choroby. Tam nie było tak, że kapitan przychodził do załadowanego samolotu, podpisywał list przewozowy i lecieliśmy.  Raz, mieliśmy już samolot załadowany, z kompletem pasażerów i gotowy do lotu. Na kilka minut przed odlotem przyszedł właściciel tej linii, która nas tam w Afryce zatrudniała i oświadczył, że tym samolotem ma polecieć jakiś tamtejszy minister. Zaczęły się przepychanki kogo wysadzić, jak mu to wyjaśnić. Dodatkowo trzeba było wypakować jego bagaż. Raz były banany, innym razem kozy. Bagażnik w An-28 jest z tyłu samolotu i generalnie tam pakowaliśmy bagaż. Ale zdarzało się, że pasażerowie trzymali też „żywy” bagaż na kolanach. Miejscowy, upalny i wilgotny klimat też nie sprzyjał przeprowadzaniu takich akcji. A sytuacje z wysadzaniem pasażerów i zamienianiem ich na innych były normą. Innym razem musiałam wyegzekwować pieniądze od właściciela tamtejszej firmy, dla której pracowaliśmy. Jako szef byłam odpowiedzialna za ten kontrakt – chodziło o zapłatę za godziny wylatane przez samolot i załogę. W grę wchodziły duże pieniądze. Gdy kontrahent zwlekał z należnościami byłam tą osobą na której spoczywało podejmowanie decyzji czy ryzykujemy i latamy dalej wierząc, że wprawdzie z opóźnieniem, ale otrzymamy zapłatę czy kończymy usługę. Do mnie należały bardzo wyczerpujące psychicznie negocjacje z kontrahentem. Zakończenie współpracy wiązało się raczej z ucieczką z Gwinei z obawy przed przymusowym zatrzymaniem, niż legalnym opuszczeniem tego kraju. Finalnie wszystkie płatności zapisane w umowie, należne fabryce zostały zrealizowane.

(Agnieszka Czachor)

W WSK pracowała do połowy lat  90. Po powrocie z tego kontraktu zrezygnowała z pracy w zakładach. Motywacją był 7-letni syn, którego, w związku ze specyfiką wykonywanej pracy widywała coraz rzadziej.

– Optyka zmieniła mi się gdy pojawiło się dziecko. Zrezygnowałam z pracy w WSK PZL Mielec na rzecz Zakładu Usług Agrolotniczych. Oni też mieli duże kontrakty, ale głównie w krajach muzułmańskich, gdzie – wiadomo – że polskiej kobiety nikt by tam nie wysłał. Zostały tylko loty do gaszenia pożarów. Wreszcie mogłam zająć się dzieckiem. Potem również w ZUA latania było coraz mniej, a ja już nie tęskniłam za tym długodystansowym lataniem.

W mieleckim Zakładzie Usług Agrolotniczych początkowo wykonywała loty patrolowe i gaśnicze. Potem została szefową pilotów. Nadal była kobietą w lotnictwie, ale odtąd więcej czasu spędzała w pracy biurowej i mając na uwadze dobro własnej rodziny tego właśnie chciała. 

 

POŻEGNANIE Z LOTNICTWEM

W 2003 roku zakończyła lotniczą karierę – przeszła na emeryturę. Wylatała prawie 3 400 godzin, w tym ponad 2 000 – samodzielnie.

– Na dobre odeszłam z lotnictwa gdy sypnęło mi się zdrowie i nie przeszłam badań lotniczych. Ponieważ byłam pilotem liniowym to te badania miałam robione co pół roku. Mogłam iść na wcześniejszą emeryturę: skończyłam 50 lat i miałam 15 lat pracy w zawodzie. Lotnictwo było przygodą mojego życia, ze wszystkim wadami i zaletami. Ale żadna przygoda nie trwa wiecznie.

(Agnieszka Czachor)
kobieta stoi na tle samolotu

Fot. Marcin Wąsik / z arch. Anny Bratek

Potem wykryto u niej nowotwór. Odeszła z pracy, ale…

Latanie zahartowało do walki rakiem.”*

Zaczęła pokładać nadzieję w Bogu i medycynie. Podporą była też rodzina. Powiedziano jej, że farmakologia może jedynie przedłużyć jej życie o kilka lat. W 2010 roku powiedziała:

Z latania samolotami (…) mogłam zrezygnować, z życia – nie.” * 

 

 

 

 

 

 

 

 

———————————–

 * Cytaty pochodzą z książki Anny Bratek pt. „Siła to ONA”, Mielec 2014.

** Por. „Latajcie kochani…” Roman Przepióra, cz III

** Por. „Fabryka, która zmieniłam miasto”, Kazimierz Królikowski, Mielec 2013

  

           

 

  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *