Tam, gdzie wszystko czynem powstało… O początkach lotnictwa sanitarnego w Sanoku

przez | 1 września, 2020

Tutaj to wszystko czynem powstało – mówił Bronisław Wojnar, mechanik bieszczadzkiego Zespołu Lotnictwa Sanitarnego. Mężczyzna ponad 35 lat pracował w sanockiej bazie. Był pierwszym, który w latach 60. przybył do Sanoka, aby stworzyć lądowisko sanitarne. Działalność tej jednostki z uwagi na obszar i rodzaj świadczonych usług była pionierska, ale w pierwszej dekadzie działalności na każdym kroku mierzono się z różnorakimi deficytami.

śmigłowiec stoi wewnątrz hangaru lotniczego

Fot. arch. Lotnicze podkarpackie / ze zbiorów Andrzeja Olejko ©

POSZUKUJĘ LUDZI ZWIĄZANYCH Z SANOCKIM LOTNICTWEM

Gdy tylko otrzymałam pakiet bezcennych archiwalnych zdjęć (poniżej) z początków lotnictwa sanitarnego w Sanoku, na jednej z facebookowych grup poświęconych regionalnej historii opublikowałam post z jednym z nich. Myślałam o nowym wpisie na blogu, ale nie miałam zbyt wielu informacji o tym skrawku historii lotnictwa na Podkarpaciu. Po cichu liczyłam, że może ktoś podrzuci mi chociaż jakąś literaturę. Nie spodziewałam się jednak zbyt wiele. Nieoczekiwanie odezwał się Grzegorz. Na mój post odpisał:

Znalazłem (…) informację, że poszukuje Pani ludzi związanych z sanockim lotnictwem (…) kiedyś przypadkiem rozmawiałem z pewnym starszym panem, który opowiadał o losach lotniska na Białej Górze w latach 60-tych. Nie znam nazwiska tego około 80-letniego pana, wiem jedynie, że mieszka w którymś z domów nad Sanem. Często jeździ rowerem Wigry i przy jakiejś okazji rozmawiałem z nim kilka lat temu (…) wiec jest raptem kilka domów do wyboru i można popytać (…) bardzo chętnie opowiada o dawnych dziejach. Z tego co pamiętam, pracował w pogotowiu lotniczym od końca lat 50-tych.

 facebook.com/groups/podkarpackahistoria

To był początek. Z czasem, po licznych zabiegach dotarłam do opisywanego człowieka. Ale po kolei. 

Niewielu dziś jest ludzi, którzy pamiętają początki lotnictwa sanitarnego w Bieszczadach… Niewielu zostało tych, z którymi można o tym porozmawiać. Bo to i czasy odległe i działalność hermetyczna – w terenie trudnym, niedostępnym, a jednak będącym obiektem pożądania coraz większej liczby sezonowych turystów i ludzi urzeczonych klimatem bieszczadzkich gór. Niektórzy osiedlili się tam na stałe, inni przybywali sezonowo, a jeszcze inni byli tam od pokoleń. Każdy realizował swoje potrzeby i wszyscy je mieli. W latach 50. w Bieszczadach organizowano m.in. obozy harcerskie i kolonie dla młodzieży, które wymagały zabezpieczenia medycznego. W sezonie letnim, obok szpitala w Ustrzykach Dolnych stacjonował śmigłowiec SM-1 z Warszawy, który w razie potrzeby zapewniał szybki transport do najbliższej placówki medycznej. Później było to argumentem dla ulokowania na tym terenie stałej bazy lotnictwa sanitarnego. Potem rozpoczęła się budowa zapory wodnej w Solinie co ucywilizowało te tereny – wraz z hydroelektrownią powstała infrastruktura drogowa, baza noclegowa, a zapora i bieszczadzkie szlaki stały się atrakcyjne turystycznie.

 

W SKALI KRAJU        

W grudniu 1955 r. powstał pierwszy w Polsce Zespół Lotnictwa Sanitarnego (ZLS) co dało początek historii cywilnego lotnictwa sanitarnego w kraju. Potem minister zdrowia powołał do życia Centralny Zespół Lotnictwa Sanitarnego (CZLS) w Warszawie. ZLS-y zajmowały się m.in. transportem chorych, leków, krwi, szczepionek i aparatury medycznej. W okresie powojennym do transportu lotniczego pacjentów używano głównie samolotów. Najpierw były to dwupłatowe S-13, które przystosowano do przewozu jednego pacjenta w pozycji leżącej. Później jednosilnikowych: m.in. Jak-12M, PZL-101 Gawron, An-2 oraz wielosilnikowych: np. Super Aero 45, L-200 Morava czy Turbolet. Nieliczne ZLS-y wyposażono w śmigłowce SM-1 i SM-2. Podstawową załogą był pilot i felczer lub pielęgniarka, a w przypadku  śmigłowca – również mechanik lotniczy.

Przenieśmy się na chwilę do Rzeszowa. Bowiem rzeszowski Zespół Lotnictwa Sanitarnego był jednym z pierwszych w kraju i to właśnie jemu podlegała bieszczadzka filia. Utworzono go już w listopadzie 1956 roku. Początkowo sprzęt latający był jedynie adaptowany do świadczenia usług sanitarnych. Często wyglądało to dość prowizorycznie. Najpierw we flocie był jeden samolot – S-13, papaj z noszami w kadłubie. Pilotował go instruktor Aeroklubu Rzeszowskiego Zdzisław Stachiewicz. W ciągu 2 miesięcy załoga przetransportowała 28 pacjentów. Pokonali ponad 5 000 km. Zasięg działania rzeszowskiego ZLS-u obejmował nie tylko Podkarpacie – krainę geograficzną, ale również Bieszczady Zachodnie i Beskid Niski. Zgodnie z urzędową nomenklaturą jednostkę finansowała i administrowała Wojewódzka Kolumna Transportu Sanitarnego (WKTS), a merytorycznie podlegała pod zespół centralny w stolicy. Wtedy województwie rzeszowskim brakowało specjalistycznego ośrodka medycznego, a w Bieszczadach – placówek służby zdrowia. Był to problem ponieważ ruch turystyczny w tej części Polski wzrastał i coraz więcej ludzi tutaj się osiedlało.

 

śmigłowiec sanitarny ludzie

Fot. arch. Muzeum Ratownictwa w Krakowie

5 maja 1961 roku w Sanoku oficjalnie utworzono Podzespół Lotnictwa Sanitarnego a bieszczadzkiemu zespołowi przydzielono śmigłowiec SM-1. W Polsce wyprodukowano około 1600 sztuk tych maszyn. Jednak pozyskanie jednego egzemplarza na cele sanitarne nie było łatwe. Cała produkcja tych statków była wykonywana na potrzeby wojska, a lotnictwo sanitarne dopiero konstytuowało się i nie dysponowano funduszami na zakup. W Bieszczadach potrzebowano śmigłowców zdolnych latać w najbardziej ekstremalnych warunkach i w terenie oraz kadry. W końcu, na szczeblach ministerialnych podjęto decyzję o przekazaniu SM-1 SP SAM do Sanoka.

 

PIERWSI 

Pierwszym rezydentem sanockiego lądowiska w Białej Górze był mechanik lotniczy Bronisław Wojnar. Mężczyzna do dziś mieszka w pobliżu Lotniczego Pogotowia Ratunkowego w Sanoku. Pracował tam ponad 35 lat. Często przechadza się w okolicach bazy i z rozrzewnieniem wspomina początki – gdy zaczynał, gdy tworzyły się podwaliny sanockiego lotnictwa.

Pochodzi z spod Krosna. Zanim trafił do Sanoka pracował w WSK PZL Świdnik. Potem został powołany do służby wojskowej. Bronisław Wojnar: 

– Zostałem powołany do Zamościa. Pracowałem w Technicznej Szkole Wojsk Lotniczych skąd trafiłem do Dęblina gdzie szkolili pilotów dla lotnictwa sanitarnego. Zajmowałem się obsługą śmigłowca. Latałem też z uczniami gdy mieli samodzielne loty. To była taka maszyna, że trzeba było siedzieć z nimi po to żeby śmigłowiec był właściwie wyważony. Pilnowałem parametrów lotu. Przed końcem obowiązkowej służby przełożony zapytał mnie czy chcę zostać w wojsku czy mam zamiar wrócić do cywila. Miałem jakiś dokument ukończenia kursu na mechanika śmigłowcowego więc myślałem, że wrócę do fabryki w Świdniku. Pochodzę z Trześniowa koło Krosna. Wtedy mój szef powiedział, że na terenie Bieszczadów powstanie pogotowie lotnicze i zapytał czy nie chciałbym tam trafić. Byłem zainteresowany.*

Mężczyzna został wysłany do siedziby CZLS w Warszawie, którym szefował Tadeusz Więckowski. Ten pilot dobrze znał Bieszczady i śmigłowce SM-1. Był jednym z pierwszych, którzy przylatywali tam SM-1 sezonowo, na okres wakacyjny w latach 50. na dyżury sanitarne. W CZLS mechanikowi potwierdzono utworzenie ZLS-u w Bieszczadach i powiedziano, żeby przyjechał do stolicy po zakończeniu służby wojskowej. Wrócił wyposażony w pismo informujące, że ma zostać zatrudniony najpierw w Wojewódzkiej Kolumnie Transportu Lotniczego w Rzeszowie. Pracował tam 2 tygodnie kwietnia 1961 roku. W maju planowano oficjalne otwarcie lądowiska sanitarnego w Bieszczadach.  

– Już 3 maja zabraliśmy 10 beczek z paliwem na samochód i pojechaliśmy na miejsce przyszłego lądowiska do Sanoka. 5 maja, w dniu moich urodzin śmigłowcem SM-1 z Warszawy przyleciał pan Augustyniak.* 

Maszynę najpierw bazowano na sanockiej łące. Opodal, w drewnianej szopie mieściło się biuro i skład materiałów pędnych. Załoga lotniczej sanitarki mieszkała w wynajętym domu na Babiej Górze. Mechanik pamięta jak przybywali tam pierwsi ludzie lotnictwa – w tym m.in piloci szukający albo zarobku albo wyzwań. Wspomniany Tadeusz Augustyniak został przeszklony do pilotowania cywilnego SM-1 i był pierwszym, pełnoetatowym, który latał w bieszczadzkich strukturach ZLS. Augustyniak w rozmowie z Andrzejem Olejko mówił:

Na gocławskim lotnisku czekał na mnie mój [sanitarny] SM-1 pomalowany w sanitarnych biało-błękitnych barwach, warszawski mechanik oraz pilot Włodzimierz Giedymin. We trzech po starcie w godzinach przedpołudniowych wzięliśmy kurs na południe […] pilotowany przez mnie SM-1 w czasie […] popołudniowym pojawił się nad Sanokiem. Wylądowaliśmy bez problemu na dużej łące nad Sanem, dosłownie w szczerym polu […] Wokół nie było żadnego budynku, żadnego zaplecza, tylko mechanik […] i kilka beczek lotniczego paliwa. Na lotnisku dyżurowałem w budce dawnego kiosku […] a nasz główny problem stanowiły pasące się na lotnisku krowy, które gdy wyrysowaliśmy wapnem na trawie koło z literą H, czyli teren do lądowania stale nam ją wyjadały.

A. Olejko „Lotnicze tradycje Bieszczadów”, Krosno 2011

Już w 1950 roku Augustyniak wykonał lot sanitarny. Był to pierwszy lot tego typu w powojennej Polsce. Samolotem Piper Cub transportował krew do nowosądeckiego szpitala. Do lotnictwa sanitarnego Tadeusz oficjalnie trafił w 1959 roku, gdy zaczęto wprowadzać śmigłowce.  W tym celu został przeszkolony w Oficerskiej Szkole Lotniczej w Dęblinie i otrzymał licencję pilota śmigłowcowego. Wreszcie skierowano go do Sanoka. W ciągu 2 miesięcy miał zorganizować śmigłowcowy zespół lotnictwa sanitarnego. To on w Bieszczadach wykonywał pierwsze loty górskie SM-1 lądując nieraz na zboczach górskich. 

Potem były też środowiskowe legendy: m.in. Kazimierz Wunsche – pilot Dywizjonu 303 czy Włodzimierz Giedymin – podczas wojny był lotnikiem Armii „Poznań” i organizował transport części do rakiet V-1 z lotniska polowego pod Tarnowem. Początkowo rotacja pilotów była bardzo duża. Ulokowanie Zespołu w tej części Polski sprawiało, że wielu przybywało tu aby potrenować górskie latanie. Po roku funkcjonowania placówki zatrudniono Jerzego Mendykę – nestora sanockich pilotów. Mężczyzna pochodził z Katowic, był wielkim miłośnikiem lotnictwa. Ojciec, widząc zainteresowanie syna awiacją zabrał kiedyś małego Jurka na lot samolotem RWD-8. Od tego się zaczęło. Potem, po wojnie była szkoła szybowcowa, szkoła lotnicza w Zamościu, Centrum Wyszkolenia Lotniczego we Wrocławiu, następnie w Krośnie. Mendyka bardzo szybko dowiedział się o tym, że w kraju planuje się uruchomienie lotnictwa sanitarnego i stanie się to sumptem wojskowych maszyn i personelu. To właśnie wojsko przeszkoliło pierwszych pilotów sanitarnych. Zanim w Sanoku utworzono ZLS Mendyka był kilkakrotnie w Bieszczadach na tzw. sanitarnych lotach próbnych, które przeprowadzano sezonowo w Ustrzykach i Sanoku. 

W 1962 roku widzowie telewidzowie mieli możliwość obejrzenia jak wygląda działalność tej bieszczadzkiej formacji. Krótki, minutowy filmik wyprodukowany przez Wytwórnię Filmów Dokumentalnych emitowany w ramach słynnej Polskiej Kroniki Filmowej pokazuje interwencyjny lot śmigłowcem SM-1 nad pętlą bieszczadzką do wsi Mokre w powiecie sanockim. Na filmie widać też warunki transportu poszkodowanego. Za sterami zasiadał wówczas pil. Jerzy Rzewuski. Do sanockiego zespołu przyszedł w pod koniec lata 1961 roku. Ten był pierwszym pilotem na stałe stacjonujący na tym lądowisku.

 

źródło: Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny ©

 

TAM, GDZIE WSZYSTKO CZYNEM POWSTAWAŁO   

Obecnie trudno opisać w jakich warunkach przyszło funkcjonować i pracować pierwszym pracownikom bieszczadzkiego ZLS-u. Mierzyli się z nimi nie tylko ludzie, ale także sprzęt. Hangar? Tak, ale nie od razu. Najpierw na sanockiej łączce stanął namiot na odrzutowego Mig-a. Mechanik Wojnar opowiadał o spartańskich warunkach tej bazy zarówno dla bytu ludzi, ale może przede wszystkim maszyn:

– Jak przyleciał Augustyniak śmigłowcem to trzeba go było zapokrowcować na łące. Szefowie kupili namiot na zimę, ale na odrzutowego Mig-a. Upchnęliśmy więc jakoś naszego SM-1, ale śmigło wystawało na zewnątrz. Pewnej nocy przyszła taka burza, że uszkodziło nam to wystające śmigiełko. Kiedyś wykopaliśmy na kopalni w Wielopolu rury, które użyliśmy, żeby przedłużyć ten „hangar-namiot” o jedno przęsło i postawić na takich 2 metrowych słupach. Potem położyło się płyty, po to, żeby był wyższy i tak sprawiliśmy, że mieściły się w nim 2 śmigłowce.*

W lecie 1963 roku rozpoczęto budowę budynku lotniskowego. Dotychczas tę rolę spełniała budka kiosku Ruchu. Trzy lata później sanockie lądowisko miało zaplecze biurowo-socjalne lecz śmigłowce nadal stały pod brezentowym hangarem. 

– Zapaleńców nie brakowało. Oddano budynek ZLS-u i postawiono niby hangar. Raz przyszła taka zawierucha, że zdmuchnęło tę budowę. Rzewuski spojrzał przez okno i zapytał czy zamknąłem hangar. Z obydwu stron spuszczało się taką płachtę, a ja zdążyłem zamknąć tylko jedną część. Resztę zdmuchnęło. Kilka lat rezydowaliśmy w kiosku na gazety. To była nasza stróżówka. Ale mieliśmy pokój służbowy w prywatnym budynku. Nie było w nim ogrzewania. Tylko piec węglowy. Ja mieszkałem tam najdłużej.*

Pierwsze akcje bieszczadzkiego pogotowia były bardzo wszechstronne. Załoga latała niemal do wszystkiego. Funkcjonowali jak tradycyjny ambulans. Śmigłowiec ratunkowy był novum ogółem. W prasie pisano:

Kiedy śmigłowiec z Sanoka po raz pierwszy rozpoczynał swe loty nad bieszczadzkimi osadami, dla tych, którzy go jeszcze w życiu nie widzieli, był niemal zjawiskiem nadprzyrodzonym. Nie mogli się nadziwić, że ta maleńka ważka w powietrzu, po wylądowaniu okazuje się, ważącym tony, kolosem.

[W. Świdrak „Pod opiekuńczymi skrzydłami”, „Konfrontacje” nr 4 (37)]    

Prości ludzie początkowo nie rozumieli, że ta maszyna niesie pomoc. W pamięci mechanika do dziś zachowało się m.in. wezwanie do mężczyzny ukąszonego przez żmiję oraz poszukiwań kilkuletniego chłopca:

Mężczyzna z Ustrzyk Górnych zbierał żmije do celów „uzdrowiskowych”. Chciał z nami lecieć do Ustrzyk Dolnych z workiem tych płazów. Miał ich cały worek. Chciał tam komuś pokazać, że potrafi „pocałować żmiję”, a ona go ukąsiła. W ’64 roku w Stubnie uratowaliśmy 3-letniego chłopca. Najpierw dostaliśmy telefon że zaginał mały chłopczyk. To był czas żniw. Małżeństwo zabrało syna ze sobą na pole. Malec zasnął w zbożu, a rodzice poszli obrabiać ziemniaki. Gdy wrócili chłopca nie było. W pobliżu był rów melioracyjny i do Sanu niedaleko. Przybyliśmy na miejsce zaginięcia z dwoma milicjantami. Ja zostałem na miejscu, a pilot latał tak nisko nad terenem poszukiwań jak do opylania. Po około godzinie wylądowali i poszli w zboże. Znaleźli chłopczyka. Dziecko nie oddaliło się zbytnio, ale było odwodnione, zmarznięte, przestraszone i brudne. Szukano go 3 dni. Po powrocie do bazy przekazaliśmy dziecko do karetki z Przemyśla.*

Praca mechanika w pogotowiu lotniczym nie ograniczała się jedynie do obsługi i monitorowania stanu technicznego maszyny. Podczas akcji ratunkowych Bronisław Wojnar pomagał np. montować poszkodowanego w gondoli. Poza tym był potrzebny na ziemi. Lądujący śmigłowiec często budził duże zainteresowanie wśród mieszkańców. Nieraz podchodzili pod kręcące się jeszcze śmigła. Przy złej pogodzie czy w trudnym terenie pomagał pilotowi podczas lądowania.

 – Mieliśmy kilka stałych punktów do lądowania, ale na pewno nie były to takie jak dziś sobie wyobrażamy. W większości miejsc, w których lądowaliśmy to tylko stał ktoś z białą szmatką i machał. Kiedyś w okolicach Mikowa pil. Rzewuski wziął mapę, przejrzał, rzucił za siebie i powiedział: „Bronek, ty pokażesz gdzie lądować”. Zamaszyście zawrócił SM-1, a ten śmigłowiec nie lubił takich manewrów. Maszyna straciła nośność. Połamaliśmy łopaty i śmigło. Innym razem wracaliśmy z Rzeszowa przez Krosno, gdzie odstawialiśmy pacjenta, który wracała z leczenia w Warszawie. Bo czasem wylatywało się po chorych, rekonwalescentów. To była zima, gdy wracaliśmy do Sanoka, mróz i zamglenie, ziemia niby była widoczna, ale maszyna upadła na trzy punkty, przewróciła się i połamała. Pilot nie mógł zrozumieć dlaczego tak się stało.*

Bieszczadzka załoga transportowała pacjentów na lotnisko w Jasionce. Latano też z Bieszczadów do docelowego szpitala w kraju – w zależności od stanu pacjenta. Wezwania, lekarza i pielęgniarkę otrzymywali ze stacji pogotowia ratunkowego w Sanoku. Po przybyciu na miejsce to lekarz decydował czy kogoś zabrać helikopterem do szpitala czy jedynie przetransportować do apteki.

ZOBACZ GALERIĘ UNIKATOWYCH, ARCHIWALNYCH ZDJĘĆ

Górskie latanie śmigłowcem było wówczas nowością w lotnictwie. Do Sanoka przybywali piloci z całego kraju, aby nabyć doświadczenia w tych lotach. Lecz czy chcieli tam przebywać, pracować, żyć? Nie bardzo. Wojnar twierdzi, że odstraszały ich spartańskie warunki bytu i pracy, a przyciągała perspektywa pieniędzy.

 – Całe to zaplecze, pogotowie lotnicze w Bieszczadach… Tutaj to wszystko czynem powstawało. Takie śmigłowce SM-1 miał do wylatania 600 godz. w powietrzu a one wylatały 5 resursów czyli 3000 godz. W ’73 roku przyszły Mi-2 to nas przeszkolono. One miały już 1000 godzin. Wszystkie były adaptowane na maszyny sanitarne. Nie było tam zamontowanego żadnego sprzętu medycznego. SM-1 to w zasadzie tylko z racji przynależności do jednostki nazywany był sanitarnym. Nam służył jedynie do szybkiego transportu. Początki lotnictwa sanitarnego w Bieszczadach to naprawdę była partyzantka. W zimie śmigłowcowi zakładałem narty do lądowania. Robiliśmy przeglądy przedlotowe i polotowe. Jak była usterka to usuwało się własnym sumptem. Jeśli jakaś część była na gwarancji to trzeba było zgłosić to do fabryki. Pierwsze helikoptery miały sprzęgło „kombinowane”. Chodziło o to, że maszyna była skonstruowana tak, aby ją włączyć i lecieć przez około 2 godzin, a te nasze sanitarne loty trwały kilkanaście minut zazwyczaj i sprzęgło szybko wypracowywało się.*                      

W 1962 roku mało brakowało, aby ulokowany nad Sanem SM-1 SP SAM nie utonął. Wiosną rzeka wystąpiła z koryta. Mechanik telefonicznie poinformował pilota, że woda zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do śmigłowca. Po przybyciu na lądowisko zobaczył, że koła stoją już we wodzie. Załoga brnąc po kolana w wodzie, na przekór spiętrzonej krze lodowej próbowała ratować helikopter. Z podmokniętego lądowiska pomogli go wyciągnąć dopiero wojskowi. Rok później doposażono hangar w podmurówkę, a w 1964 roku pozyskano kolejny, czerwony śmigłowiec SM-1 o nb. SP-SXB czym żywo interesowała się ówczesna prasa i z właściwym na owe czasy patosem meldowała o tej działalności. W notce prasowej napisano:

W tak krótkim okresie działalności sanockiego Zespołu Lotnictwa Sanitarnego wykonano przeszło 2 tys. lotów na hasło:”Ratunek”. Ogółem maszyny sanitarne wylatały kilkadziesiąt tysięcy kilometrów w czasie przeszło tysiąca godzin ratując od niechybnej śmierci setki chorych wymagających natychmiastowej pomocy.   

„Nowiny Rzeszowskie”, 5.11.1964  

W tekście podkreślano ofiarność i poświęcenie ówczesnych pilotów, potrzebę istnienia i rozwijania takiej jednostki w Bieszczadach. Przejawem tego ostatniego był na pewno zakup przez Wydział Zdrowia Prezydium rzeszowskiego WRN-u wspomnianego śmigłowca, który miał przyczynić się do jeszcze sprawniejszej i wydajniejszej pracy Zespołu.

Poszczególne załogi kolekcjonowały zdarzenia lotnicze i przeciwności losu jak znaczki pocztowe. W rozmowie z historykiem Mendyka opowiadał o m.in. o wezwaniu do zamarzniętego chłopca w Smolnikach. W drodze powrotnej zaczął padać deszcz i śmigła szybko pokryły się lodem. Mimo spryskiwania spirytusem śmigłowiec robił się coraz cięższy, spadała liczba obrotów. Wylądowali w pobliżu linii kolejowej, zatrzymali pociąg, a poszkodowany bezpiecznie dotarł koleją do najbliższego szpitala. Mówił też o nocnym lądowaniu w wąwozie w Roztokach pełnym skał i zakrętów. Wówczas lecieli po mężczyznę ze złamanym kręgosłupem. A zimą np podczas śnieżycy… Jeśli lecieli to na własną odpowiedzialność.  Na przykład do młodego drwala w okolicach Puław przygniecionego przez drzewo, które staczając się po zboczu przygniotło mężczyznę. 

 

 

URZĘDOWA METAMORFOZA

W latach 70. struktury pogotowia lotniczego przeszły urzędową metamorfozę. Lotnisko sanitarne w Sanoku stało się własnością tzw. Wojewódzkiej Kolumny Transportu Lotniczego. Nastąpiły roszady kadrowe. Pojawił się m.in. pil. Marian Bereś. Niektórzy jednak zostali. Wówczas też zmodernizowano to miejsce. Zbudowano nowy hangar, stację paliw, garaż i odcinek drogi prowadzący do przeprawy przez San do hangaru. Tutejszy Zespół otrzymał dwa nowe śmigłowce – Mi-2. Te maszyny, przynajmniej pozornie były synonimem nowych, lepszych czasów. Dotychczasowy „es-em”, chociaż dobrze sprawdzał się do lotów w trudnym terenie to jednak podczas transportu medycy nie mieli możliwości dostępu do chorego. Nadal brakowało jednak samodzielnego łącza telefonicznego, które pozwoliłoby na kontakt ze służbami lotniczymi. Zabrakło  środków finansowych. W efekcie sanockie lądowisko nie mogło zostać zarejestrowane w wykazie lotnisk. Ostatecznie umieszczono tam radiotelefon i urzędowo kwalifikowano je jako tymczasowe lądowisko przygodne.

troje ludzi kobieta dwóch mężczyzn śmigłowiec

Fot. A. Łokaj/ Centralna Agencja Fotograficzna

W maju 1973 roku w rzeszowskiej prasie ukazała się notka informująca o rocznicy utworzenia w Bieszczadach pogotowia lotniczego. Zamieszczono archiwalne zdjęcie (powyżej, wykonane pod koniec lat. 60.) z krótkim aczkolwiek treściwym opisem. Napisano:

W maju br. mija 12 lat od zorganizowania w Bieszczadach oddziału Zespołu Lotnictwa Sanitarnego. Oddział, którego bazą jest Sanok wyposażony został w helikoptery. Na zdj.: załoga „latającej karetki”, Stanisława Semenowicz – pielęgniarka, Franciszek Szczepański – technik-mechanik i Jerzy Mendyka – starszy pilot. 

pbc.rzeszow.pl

Sanocka łączka była wyzwaniem dla pilotów samolotowych. Nie lądowały tam samoloty rzeszowskiego ZLS-u, a sieć drogowa w Bieszczadach była bardzo uboga. Lokalni mieszkańcy tym bardziej doceniali tę formę transportu lotniczego. Mówiono, że śmigłowce były czwartą karetką (określenie ukuło się prawdopodobnie wówczas gdy Pogotowie Ratunkowe w Sanoku dysponowało tylko 3 ambulansami), ratunkiem z nieba. One również trafiły tu poniekąd „czynem”. Zwłaszcza jeśli mowa o tym pierwszym. SP-STA został zakupiony przez Sanockie Zakłady Przemysłu Gumowego „Stomil”. W pierwszej kolejności był używany do szybkiej komunikacji przedstawicieli Zakładów z ministerstwami, do tzw. latających inspekcji oraz na potrzeby sanockiego pogotowia. Były tam jeszcze SP-WXY, od 1975 r. – SP-ZXH, a po zlikwidowaniu rzeszowskiego ZLS-u w 1992 r. do bieszczadzkiej latającej floty dołączył kolejny Mi-2 o nr SP-ZXN. W związku z tym sanocki ZLS zobowiązano do wykonywania lotów ratowniczych na dotychczasowym obszarze oraz na terenie podległym dotychczasowemu rzeszowskiemu ZLS-owi.  Potem sukcesywnie rozpoczynano współpracę z Bieszczadzką Grupą GOPR.  Bieszczadzki ZLS niósł pomoc również w czasach powodzi w lecie 1997 roku. 

W maju 1997 roku do Bronisława Wojnara też przyleciał śmigłowiec sanitarny. Nowoczesny, wielozadaniowy, iście sanitarny. Przyleciał 5 maja, tak jak wtedy w 1961 roku gdy zaczynał pracę w pogotowiu lotniczym w Sanoku. Ot taki symboliczny prezent urodzinowy…..

 

 

* wypowiedź Bronisława Wojnara podczas rozmowy z autorką bloga    

 

      

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *